Długo mnie nie było, huh?
***
Z trudem rysowała kolejną kreskę nad okiem. Ciągle nie mogła opanować drżenia rąk, tak jak nie potrafiła pozbyć się nieznośnego kołatania serca. Wejście po schodach nagle stało się prawdziwym wyzwaniem, a nawet kilka kroków biegu przypominało szkolny maraton. Zacisnęła usta i próbowała przywrócić twarzy dawny, porządny wygląd. Louis opierał się o framugę i przyglądał się dziewczynie z nieodgadnioną miną. Już dawno przebrał się w czysty, kolorowy sweter i czarne spodnie. Umył włosy, które teraz luźno opadały na czoło, wykonał kilka ważnych telefonów, a nawet pofatygował się do sklepu po bułki – słowem, wrócił do świata żywych. W przeciwieństwie do Miriel. Śledził ruchy jej dłoni niebieskimi, wodnistymi oczami, które mocno odcinały się od opalonej skóry. Nie uśmiechała się, nie miała najmniejszej ochoty z nim rozmawiać, ale dłuższą chwilę nie potrafiła oderwać wzroku od wpatrzonego w nią chłopaka. Jak gdyby zrozumiał, przekrzywił lekko głowę i odsłonił zęby w ironicznym uśmieszku.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej – odparła chłodno i sięgnęła po podkład. – Za dużo tym razem.
Skinął głowę.
- Masz szczęście, że tu stoisz.
Skrzywiła się. Znowu chwilę milczeli. Oboje doskonale wiedzieli, że Miriel prawie przedawkowała – wzięła zdecydowanie za dużo i zdecydowanie nieodpowiednio zmieszała wszystko z alkoholem, a jakim cudem obudziła się rano: nie mieli pojęcia. Louis nie potrafił zrozumieć ani siebie, który zlekceważył jej wybryki i zostawił dziewczynę zupełnie samą, ani jej, lekkomyślnej do granic możliwości, nigdy nie zwracającej uwagi na swoje zdrowie. A przecież zabawek przestali używać już dawno temu, żarty przestały być tylko zabawne.
- A wspomnienia? – przerwał ciszę. – Wróciły?
Unikała jego spojrzenia. Nałożyła na policzki puder, a gdy sięgnęła po róż, na chwilę zatrzymała się w bezruchu, jakby próbując coś sobie przypomnieć.
- Nie pytaj. Pamiętam, że przyszedł Artur i że zamknęliśmy się w tym pokoju. I koniec.
- Koniec? – Nienawidziła tego chłodnego wyrachowania w jego głosie, którym zasłaniał się zawsze, gdy bał się ukazania jakichkolwiek emocji. Wodniste oczy wpatrywały się w jej odbicie, ale nie śmiała podnieść wzroku. – Myślę, że kolejne ścieżki koksu także zapadły ci w pamięć.
Nałożyła delikatną smugę różu i krytycznie przyjrzała się efektowi. Sięgnęła po tusz.
- I co z tego?
- Nic.
Skończyła. Odłożyła kosmetyki i przyglądała się swojemu odbiciu dłuższą chwilę. Oczy wróciły już do normalnych rozmiarów, makijaż nadał kredowej twarzy odrobinę koloru. Louis w lustrze drgnął i podszedł do niej od tyłu, a chwilę później poczuła jego oddech na szyi.
- Kto by pomyślał – szepnął dotykając palcami jej skóry – jak złym człowiekiem jesteś.
- Raczej nikt nie ma wątpliwości. – Odwróciła się do niego przodem i bez zastanowienia pocałowała. Gwałtownie, chciwie, wplotła palce w jego włosy i przyciągnęła do siebie. Drugą dłoń oparła na jego klatce piersiowej i zjechała niżej, na udo. Odwzajemnił pocałunek, gwałtownie przycisnął ją do lustra, zabolało. Syknęła i ugryzła go w wargę, pociągnął za rude włosy. Przyjemny dreszcz wstrząsnął jej całym ciałem, na chwilę wyłączył myślenie i kazał dłoni sięgnąć niżej, gdy nagle chłopak gwałtownie odsunął się do tyłu.
Poprawił sweter i spojrzał na nią jednym z tych pogardliwych, lodowatych spojrzeń, które zdecydowanie bardziej bolały jego, niż ją. Nawet nie domknęła ust, gdy zdumiona łapała oddech.
- Ogarnij się – nie opanował drżenia ochrypłego głosu, ale odwrócił wzrok, żeby już na nią nie patrzeć. – Nawet nie pamiętasz, z kim wczoraj spałaś.
Zamurowało ją. Oszołomiona powoli zamknęła usta i wyprostowała się, by spojrzeć mu w oczy. Słowa bolały tak, jakby wymierzył jej wyjątkowo siarczysty policzek.
- No właśnie – prychnął w odpowiedzi na jej reakcję.
- Sama – syknęła ze złością. – Spałam sama.
- Tak? – Kpina prawie ponownie przycisnęła ją do ściany. Louis odwrócił się, żeby wyjść.
Odzyskała mowę, ale teraz ledwo panowała nad złością.
- Nie możesz mnie osądzać – zaczęła szybkim, jadowitym tonem. – Nie masz prawa, sam nie jesteś… – Wyszedł, nawet w lustrze na nią nie patrząc. – Louis! – krzyknęła i wypadła na korytarz przed łazienką. Schodził po schodach na dół. – Louis, wróć tu! – Zniknął za zakrętem, a chwilę później usłyszała dźwięk otwieranej szuflady. Ze złości prawie przegryzła wargę. – Pieprzony ćpun!
Nie potrafiła inaczej. Łazienka była za mała, żeby wyładować w niej złość, a pokój nie miał niczego do zniszczenia: przytomność umysłu zabroniła ruszać jakiegokolwiek szkła. Zbiegła na dół, jak zwykle, jak zwykle potykając się niemal o własne stopy i zeskakując kilka ostatnich stopni. Siedział w salonie: otoczony mgiełką dymu, ukryty w swoim własnym, zamkniętym świecie. Jej kroki przedarły ciszę na dwie części. Nie odwrócił się, ale widziała, że drgnął. Bez słowa opadła na fotel obok. Za oknem wiatr targał chudą topolą. Kiedyś zastanawiała się, kiedy drzewo wreszcie zwali się na jego dom, ale… Prześlizgnęła się spojrzeniem po jego czarnych włosach i zapadła się w miękkich poduszkach. Zgodnie milczeli. Zaciągnął się po raz kolejny i westchnął błogo. Głowa opadła na oparcie fotela, oczy wywróciły się bezwładnie. Na ustach pojawił się uśmiech, znowu uciekał, znowu zatapiał się w innej krainie. Musnęła palcami jego ramię, zostawiła na nim delikatny ślad dotyku, lepką ciekawość i przeprosiny. Nic nie powiedział, znowu się zaciągnął i dopiero wtedy przekręcił głowę w jej stronę. Lodowate, niebieskie oczy wpatrywały się w Miriel z niemą rozpaczą. Pozwoliła palcom błądzić po jego ramieniu i szyi, szukać małych zagłębień w obojczykach i drażnić delikatną skórę. Uśmiechnął się żałośnie, ale cała beznadzieja i rozpacz powoli znikały, przepadały gdzieś w otchłani pożerającej błękit jego spojrzenia. Nachyliła się, ale zamiast pocałunku skradła mu bucha – żeby gwałtownie oderwać skręta od swoich ust z wyraźnym strachem. Crack załomotał jej sercem, uderzył myśli i na chwilę znowu przygwoździł do fotela – zaklęła - wzięła kolejnego.
- Pieprzony Artur. – Jej słowa zlewały się z tłem, znikały gdzieś między oparciem fotela, a twardą granicą sufitu. Palce same gubiły się w jego włosach, potem szyi, policzkach, zahaczyły o usta. – Serce.
Pokiwał głową i znowu się zaciągnął. Pozwoliła głowie miękko toczyć się po oparciu, potem po jego ramieniu – w którym momencie znalazła się na jego kolanach – to jego dłoń czy jej, nieważne, błękitne oczy… ktoś włączył muzykę – a może zawsze tam była? Nie zauważyła, kiedy odłożył skręta, ale gdy zostawił pierwszy mokry ślad na jej dekolcie, cicho westchnęła. Poczucie winy odezwało się nieśmiało z tyłu podświadomości, wyciągnęło palce i kazało przyciągnąć go bliżej. Rysował coś po jej obojczykach, czuła smukłe palce artysty w swoich włosach, zapach jego perfum, zapach dymu, obezwładniający narkotyk, który nagle stał się ich nieodłączną częścią. Od kiedy to tak? Od zawsze?
- Louis – szepnęła i pozwoliła ręce bezwładnie opaść na podłogę. – Ja naprawd…
Uciszył ją gwałtownym pocałunkiem, spadli z fotela. Gdyby nie to, że nagle szarpnął ją za włosy, skrzywiła by się z bólu, ale tak przyjemny dreszcz na chwilę odebrał jej oddech. Gorące usta szukały odpowiedzi wczorajszego wieczoru po całym jej ciele: po oczach, policzkach, szyi, dekolcie. Nie wiedziała, czy to jej dłonie, czy jego, czy sama zaczęła się rozbierać, czy to on zerwał z niej ubrania. Świat wirował, oni wirowali wraz z nim, a może to oni zaczęli najpierw, a świat dopiero później postanowił się dołączyć? Pozwoliła mu na wszystko, na uderzenie, na szarpnięcie za włosy, pozwoliła rzucić się na podłogę i potem przepraszać, całował ją, głaskał, znowu byli zakochani i znowu nie widzieli nic poza wspólnym oddechem, poza pożerającym wszystko dymem i wypisaną w oczach jednością, topiła się w jego zaufaniu i uwielbieniu, smakowała delikatności, z jaką ostrożnie wszedł w nią dwoma palcami i głośno westchnęła – jej dłoń w jego czarnych włosach, perfumy, poruszył się, znowu, mocniej, już nie był taki delikatny, nagle przycisnął ją do podłogi, przestraszyła się, chciała się cofnąć, ale znieruchomiał. Patrzyła w błękitne oczy i jego opaloną twarz, która teraz zastygła w dziwnym grymasie. Cofnął się, wyprostował i kilka ciągnących się sekund wpatrywał w ścianę za jej plecami. Znowu pogłaskał ją po policzku, ale coś się w nim złamało, coś pękło nieodwracalnie i kazało mu zsunąć się na podłogę obok – ledwo oddychając. Miriel zamrugała, chciała złapać go za rękę, ale odtrącił ją uderzeniem. Płakał. Najpierw niemal bezgłośnie, potem poddał się zupełnie – niekontrolowany dreszcz wstrząsnął całym ciałem i wyrwał się ze ściśniętego gardła.
- Louis?
Próbował się uspokoić, ale nieporadne zaciskanie dłoni w pięść nic nie dało, chyba tylko wzmogło napad histerii, więc po prostu osunął się na zimne panele. Usiadła. Muzyka w tle nagle niewiarygodnie ją denerwowała, nagle wgryzła się w jej spokój i zniszczyła nastrój – jakby była przyczyną jego bezsilności. Spróbowała znowu go dotknąć.
- Co się stało?
Spojrzał na nią wielkimi naćpanymi i zaczerwienionymi od płaczu i cracku oczami, żeby potem przełknąć łzy i zakaszleć.
- Zawsze… z… każdym… - Mówił powoli. Jego niewyraźny, ochrypnięty głos nie był w stanie sprostać sytuacji, drżał i załamywał się przy kolejnych wyrazach. – Z…nimi…też… na podłodze?
Zacisnęła usta w wąską linię. Bez słowa wstała i sięgnęła po ubrania. Spanikował i potrząsnął głową, ale nie sięgnął do niej ręką.
- Zostań… Miriel…
- Nie mam po co – odparła chłodno i szybko zapięła stanik. Następna była luźna tunika i cienkie legginsy. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy, zresztą nawet nie chciała. Cholerny ćpun, klęła w myślach.
- Miriel… ty zawsze… tylko… o sobie…
- Nie wiesz, co mówisz, więc zamknij się już. – Poprawiła włosy i drżącymi dłońmi zaczęła zakładać buty. Nie podniósł głowy.
- Dokąd idziesz? – ściszył głos.
- Nie wiem – ucięła, wyprostowała się i chwilę patrzyła na niego z góry. – Na razie. – Wyszła.
- Pa.
Z głośników sączyła się muzyka, dym wirował nad jego głową, w jego głowie, w jego myślach, w oczach, pod palcami… Chciało mu się śmiać – z bezsilnej złości, z niekończącej się rozpaczy i świadomości przegranej – chciało mu się śmiać, bo płakał już zbyt wiele razy i nazbyt otwarcie, a za śmiechem zawsze można ukryć wszystkie emocje – więc trząsł się, trząsł się w histerycznym chichocie aż w końcu sam nie wiedział, czy łzy na policzkach są nowe czy już zaschnięte, czy dreszcze są z zimna czy przez kokainę, czy ten dym w powietrzu to dym od skręta, czy jego mętne spojrzenie… I leżał, leżał czekając na telefon od Miriel, który i tak nigdy nie miał zadzwonić.
***
Nowa
czwartek, 4.września.2008, 17:58
I karmnik dla ptaków też jakoś samotnie łypie na mnie zza okna, i ja też jakoś odłypuję mu z równie szerokim uśmiechem, i nagle drzewa wydają się patrzeć posępnie, i nagle niebo, i nagle bum, i nagle huk, i nagle koniec – a uśmiech ciągle ten sam. Porcelanowa maska na twarzy bardziej ciekawi niż straszy, słodkie początki waszego zniecierpliwienia. Ciekawi, jeszcze nieświadomi swoich grzechów jutrzejszych, powoli nadajecie mi imię, powoli nazywacie, powoli określacie, „dobra”, „zła”, „pusta” – które wybraliście? Porcelanowa maska, na którą ty, mon amour, patrzysz z jawnym obrzydzeniem, karnawałowa kreacja, która was tak bawi i zachwyca. Kto odebrał mi prawo do talentu aktorskiego, teraz powinien przeprosić Noblem.
W zasadzie nieruchomo stoją tylko okna i drzwi, a mogłoby umrzeć, mogłoby paść i nie wstawać już więcej. Byłabym sama, bez różnicy od teraz, byłabym przeraźliwie sama i żadnych zmian, żadnych łapsk za granicą zaufania. Czy nie mógłbyś wleźć z butami w moje życie? Właź! Dni otwarte, drzwi otwarte, ja otwarta! Właź, bo zegar tyka tak upiornie, właź, bo zegar straszy i zamyka milimetr po milimetrze, bo za dużo powietrza, bo za dużo przestrzeni, bo ta moja klaustrofobia, zawsze tak drżąca, teraz nie działa, właź, bo do cholery, ja zaraz zniknę, ja utopię się we własnych absurdach! Właź, właź z butami i tupaniem, odrzuć te moje wymysły i teorie, wyśmiej, rzuć o ścianę i potem przytul, bo ze mną nie można inaczej, nigdy nie dało się inaczej, zawsze było tak samo i zawsze tak samo tu będzie. A jak nie włazisz to wynoś się, w cholerę biegnij, znikaj stąd natychmiast! Właź albo w cholerę, rozumiesz?
Stoisz tam! Biedny, niezdecydowany człowieku, biedna dziewczynko, biedny chłopczyku. Stoicie czy też stoisz, cholera was wie, mnie nie obchodzi, ale jesteście, ja wam szansę daję, a wy! A wy tak…! No, jakże? Właźcie, już obojętne, już nie chcę być sama, obojętne kto wejdzie, byle ktoś, byle głos, byle śmiech, byle dotyk. A jak nie, jak boisz, jak nie dbasz, jak zajęty, to wpadnij na sekundę, ułamki sekundy, wpadnij i dobij, kopnij, zamknij, trzaśnij i wyrwij te zawiasy pieprzone!
A idź, idź, wyjdź, przyjdź, zrób coś, niech nie zżera nas nuda.
Wrócił 25 sierpnia, w pewien deszczowy i ponury dzień. Właściwie, to już sam nie wiem, kiedy wrócił i kiedy obudził mnie o siódmej rano swoim zachrypniętym głosem w słuchawce telefonu, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że stojąc twarzą w twarz z moim dawnym przyjacielem, takim pierwszym, jeszcze ze szkoły podstawowej, nie mogłem poradzić sobie z upływem czasu. Co mają oznaczać te lekko zapadnięte policzki, blada cera i podkrążone oczy? Usta też jakieś popękane, sterane życiem, wydają się z trudem wyrzucać kolejne słowa. A słów jest dużo.
- Wylali mnie – oświadczył już na wstępie, zanim zdążyłem zapytać, jak leci.
Coś ścisnęło mnie w żołądku. Zawsze tak reaguję, gdy nie wiem, jak zareagować.
- Dlaczego? – zdołałem w końcu wykrztusić z wrażenia mocniej wbijając się w gabinetowe krzesło. Zerknąłem za zegar. Do wizyty kolejnego pacjenta została tylko godzina, a rozmowa zapowiadała się niezbyt ciekawie. Skarciłem się w myślach za nieprzeznaczenie większej ilości czasu dla dawnego przyjaciela, ale szybko wycofałem się z tej myśli. Starałem się jak najwyraźniej podkreślić słowo „dawny”, ale zaakceptowanie go nie przychodziło łatwo. Ten wzrok, jakim wpatrywał się we mnie, wygłodzone spojrzenie biednego dziecka… Nie, stop. Biedne dziecko liczy sobie lat pięćdziesiąt dwa, miało pracę, duży dom, ładny samochód, żonę i cieszyło się sympatią znajomych w Londynie. Tak przynajmniej mówiły meile, nadchodzące regularnie co pół roku.
Dowiedziałem się, że Radek rozstał się z żoną. Zapytany o to, dlaczego niczego nie mówił, zawiesił na chwilę głos. Kolejne spojrzenie zbitego psa, a ja już chciałem przeprosić za nietakt, gdy ponownie się odezwał.
- Bo wiesz, stary. Właściwie, to my nadal jesteśmy małżeństwem – stwierdził z lekkim ociąganiem. Kątem oka dostrzegłem, że drżą mu ręce, ale zignorowałem sprawę. – Nie było rozwodu – dodał.
Kamień spadł mi z serca. Skoro nie było rozwodu, możliwe jest uratowanie sytuacji, wyjaśnienie pewnych błędów z przeszłości. Pewnie po prostu się pokłócili, jakaś sprzeczka… Chociaż z drugiej strony był przecież człowiekiem dorosłym i poważnym. Więc o co chodzi?
- Na pewno do siebie wrócicie – zapewniłem, przerywając ciszę, która ponownie zapadła w gabinecie. Znowu zerknąłem na tykający zegar. Zostało czterdzieści minut.
Pokręcił głową i rozejrzał się po szafkach.
- Masz tu koniak? – zapytał bez ogródek, wprawiając mnie w osłupienie. Zaprzeczyłem. To przecież gabinet lekarski. – Szkoda – wyraził swe ubolewanie i zabębnił palcami o blat biurka. Czułem się coraz bardziej niezręcznie, a o ile słowo „dawny” na początku wydawało się nie pasować, tak teraz przykleiłem je do niego, jak etykietkę, na stałe. – Z tą Baśką… - zaczął, naturalnie mając na myśli swoją żonę, której nigdy nie poznałem. – Z tą Baśką to chyba już koniec. Zniknęła. – Wyjął z kieszeni paczkę papierosów i wziął jednego do ust, ale zdążyłem stanowczo pokręcić głową. Westchnął ostentacyjnie i po prostu obracał go w palcach. Milczałem. – Wiesz, stary, to całkiem zabawne. Powiedziałbym: chujowo zabawne. Obudziłem się, rozumiesz, we własnym łóżku, we własnym, rozumiesz, mieszkaniu. I co? Nie ma jej. Zniknęła. Zabrała wszystko: każdą, nawet najdrobniejszą część garderoby, całą biżuterię, wszystkie pierdoły, które mogłyby mi o niej przypominać, i zniknęła. Bez śladu. Kobiety są popieprzone, prawda? – podsumował z goryczą, coraz bardziej nerwowo bawiąc się papierosem.
Opowieść dawnego przyjaciela wydawała mi się absurdalna. Zupełnie absurdalna i zupełnie nierealna, biorąc pod uwagę fakt, że w listach, które pisywał, zawsze mówił o nich jako o idealnym, zgranym małżeństwie. Zacząłem szybko szukać słów pocieszenia, ale niezbyt wiedziałem, co powiedzieć. W końcu nie na co dzień przychodzi do mnie dawny kumpel i oświadcza, że jego żona zniknęła, poprzednio zabrawszy wszystkie swoje rzeczy. Chyba zrozumiał, bo uśmiechnął się kwaśno.
- E, Marek. Nie przejmuj się. Musiałem po prostu komuś powiedzieć.
Przytaknąłem. Też bym musiał.
- I co teraz? – Tylko to przyszło mi do głowy, a natrętnie tykający zegar doprowadzał mnie powoli do szału. Pacjent będzie za około dwadzieścia pięć minut.
- Gówno – zaśmiał się ponuro, po czym pokręcił głową. – Znajdę pracę i tyle – uspokoił, choć już wtedy coś mnie zaniepokoiło.
Uśmiechnąłem się, próbując dodać koledze otuchy.
- Jak coś, to zawsze możesz na mnie liczyć – oświadczyłem, bardziej dla zasady, niż ze szczerej chęci pomocy. Później wiele razy plułem sobie w brodę za te słowa i nie mogłem zrozumieć, co mnie podkusiło, by wykazać się dobrym sercem i równie dobrymi manierami.
Radek odwzajemnił uśmiech, który wydał mi się nieco zbyt wesoły, jak na człowieka pozbawionego żony, pracy i pieniędzy.
- Dzięki.
Chwilę później wyszedł, obiecał zadzwonić i życzył udanego dnia, a ja pożegnałem go nie mogąc odpędzić jakiegoś niewyjaśnionego niepokoju. Anka, moja żona, mówiła mi potem wiele razy, że przeczucia nie wolno lekceważyć.
Od wizyty Radka minęły niecałe dwa tygodnie, gdy ponownie usłyszałem jego głos w słuchawce telefonu. Tym razem oświadczył radośnie, że znalazł pracę i życie zaczyna znowu być piękne. Rozmawialiśmy chwilę, wymieniając się uwagami na temat polityki, biznesu i ogólnej sytuacji na rynku. Właśnie te tematy doprowadziły mnie do pytania, które później nie pozwalało mi zapomnieć o sprawie Radka.
- Właściwie, to w jakiej branży siedzisz? – zapytałem, uświadomiwszy sobie, że ta informacja musiała prześlizgnąć się bokiem naszych rozmów.
Po drugiej stronie na kilka sekund zapadło milczenie, po czym usłyszałem swobodny, pogodny głos przyjaciela.
- A, architektura. No przecież pamiętasz, że kończyłem polibudę, nie?
Pamiętałem. Zapytałem jeszcze, czy nie ma wieści od żony, po czym grzecznie wyraziłem chęć spotkania się kiedy indziej, bo teraz nie mogę już dłużej rozmawiać. Radek zmieszał się nieco, po czym zapytał na jednym wydechu.
- Nie masz może znoszonych ubrań do oddania?
Coś ścisnęło mnie w gardle, znowu odezwał się instynkt Matki Teresy i chęć ratowania świata. Nie mając pojęcia, jak wybrnąć z sytuacji, szybko zapewniłem, że tak, że pewnie, że właściwie, to przytyłem ostatnio i kilka moich swetrów jest do oddania… Ucieszył się, a ku mojej uldze nie słyszałem w jego głosie nawet nutki zażenowania. Po prostu powiedział, że przy najbliższym spotkaniu weźmie ode mnie znoszone ubrania i zapłaci za nie kilka groszy (Ależ nie, Radek, no co ty!), a potem zapomni się o sprawie. Było tak, jak powiedział: spotkaliśmy się, pogadaliśmy, dałem mu swetry, a on, uśmiechnięty, ale jakoś dziwnie wychudzony, zdawał się naprawdę cieszyć ze wspólnie spędzonego czasu. Przyjaźń między nami powoli zaczynała odżywać, widywaliśmy się coraz częściej i coraz częściej oddawałem mu swoje znoszone swetry, a on, z dobrze ukrywanym zażenowaniem, mówił: „to teraz zapominamy o sprawie!”. Kiwałem głową i uśmiechałem się lekko.
I zapomniałoby się o sprawie, gdyby nie rewelacyjna wiadomość pewnego popołudnia.
- Marek, nie uwierzysz! – zaśmiał się architekt. – Kupiłem mieszkanie!
Uśmiechnąłem się do niego znad gazety. Siedzieliśmy przy stole w mojej własnej jadalni, bo odkąd bieda zaczęła podgryzać pięty Radka, często przychodził do nas na obiad.
- Tak? – zainteresowała się Anka, która właśnie postawiła przed nami pieczeń. – A gdzie?
- W Sopocie – odparł, nakładając sobie (jako pierwszy) pokaźną porcję.
Spojrzenia moje i Anki skrzyżowały się, przez ułamek sekundy wyrażając zdumienie.
- W Sopocie? – powtórzyłem, odkładając gazetę. – Za ile?
Nawet jeśli zrobiło mu się głupio, nie dał tego po sobie poznać. Przełknął kęs mięsa i popił wodą, a dopiero potem odpowiedział.
- Okrągły milion. Ale jest tego warte – zapewnił, wydając się nie zauważać naszych zszokowanych min.
Właśnie wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że coś jest nie w porządku. A „nie w porządku” było na pewno. Radek, choć przychodził do nas naprawdę często, równie często mylił ulice i nie pamiętał drogi. Z początku nie zwracałem na to uwagi, ale gdy Anka zadała mi pytanie „Co z niego za architekt?” także zacząłem się nad tym zastanawiać. Bo, rzeczywiście, co z niego za architekt? Po półrocznym pobycie w Sopocie, w czasie którego cały czas żalił się na braki w portfelu i trudności w pracy, wyjechał do Budapesztu. Ponoć wraz z firmą, dla której pracował. Mówiąc szczerze, odetchnęliśmy z ulgą i z uśmiechem przyjęliśmy wiadomość o chwilowym odpoczynku od Radka. Nie, żebyśmy go nie lubili, o nie. Przywykliśmy do jego ciągłego marudzenia, do skarżenia się na pogodę, polityków i urząd, ale coś było źle i doskonale o tym wiedzieliśmy. Nie zgadzał się jego brak orientacji w terenie, nie pasowały marne zarobki, ale nie mogliśmy niczego facetowi zarzucić, tym bardziej, że na naszych oczach rozmawiał ze znanymi architektami. Architekt. Miałem kilku znajomych w tej branży, ale nikt o Radku Slawińskim nie słyszał. Zapewniali jednak, że może i ktoś taki jest, mówili, żebym nie był przewrażliwiony. A ja stawałem się przewrażliwiony z dnia na dzień coraz bardziej. Radek Architekt stał się moją obsesją. Próbowałem połączyć wszystko to, co się nie zgadzało, próbowałem zrozumieć zniknięcie żony (po której ślad zaginął), znaleźć źródło pieniędzy przeznaczonych na zakup mieszkania i pojąć noszenie starych, wytartych swetrów.
- Przemęczasz się – mówiła Anka, gdy siedziałem przed kominkiem w salonie i niewidzącym wzrokiem wpatrywałem się w gazetę. – Daj sobie spokój, przemęczasz się – powtarzała, ale nic więcej nie robiła. Byłem uparty, a po tylu latach małżeństwa Anka doskonale o tym wiedziała.
Dopiero gdy zacząłem spędzać więcej czasu z małym, siedmioletnim synkiem, problem Radka odszedł na drugi plan. I już wydawało się, że wszystko jest w porządku, gdy pewnego dnia ponownie odebrałem telefon od dawnego przyjaciela.
- Marek – mówił zmęczonym, zachrypniętym głosem – wylali mnie. Ja nie wiem, mam dosyć, te urzędasy, te pierdolone urzędasy…
- Ale Radek – przerwałem mu niechybnie zbliżający się monolog – dlaczego?
- Bo ja, kurwa mać, wiem dlaczego?! – krzyknął, aż w słuchawce zatrzeszczało.
Zapadła cisza. Ja nie wiedziałem co powiedzieć, a on dyszał ze złości. Wreszcie znowu się odezwałem.
- Gdzie jesteś?
- W Sopocie.
Chciałem zapytać, kiedy wrócił, ale zrezygnowałem. Ustaliliśmy, że za pół godziny spotkamy się na sopockim molo i pogadamy. Ubrałem się, wyjaśniłem sytuację Ance i już miałem wychodzić, gdy zobaczyłem ją stojącą w korytarzu i patrzącą na mnie z niezadowoloną miną.
- Będą z tego kłopoty – oświadczyła ponuro.
Szczerze chciałem jej przytaknąć, ale machnąłem lekceważąco ręką.
- A tam, kłopoty. Jeszcze dziś wszystko załatwimy.
- Marek – zatrzymała mnie ponownie – nie chcę, żeby on tu więcej przychodził.
Przez chwilę przyglądałem jej się zdumiony, ale napotkałem zdecydowany upór w szarych oczach. Skinąłem niewyraźnie głową.
- Rozumiem. – I wyszedłem, a przeczucie, które zawsze pojawiało się wraz z postacią Radka, nagle stało się niemal namacalne. I wcale nie było to przyjemne.
Radek wyglądał naprawdę źle. Zapadnięte, podkrążone oczy i wychudzona sylwetka, odziana w ciągle ten sam, podarowany przeze mnie sweter. Wydawało mi się, że i siwych włosów mu nieco przybyło. Na mój widok nie uśmiechnął się wesoło, tylko czekał, aż podejdę. Dopiero wtedy uścisnął moją dłoń.
- Świat jest pojebany – powiedział już na wstępie, nie pozwalając mi łudzić się, że rozmowa będzie lekka. Westchnąłem i powoli, jak małemu dziecku, zacząłem tłumaczyć, że nie jest taki zły. Że trzeba tylko trochę nad sobą popracować.
- Sam kurwa nad sobą popracuj! – krzyknął, zwracając uwagę przechodniów. Spojrzałem na nich przepraszająco. – Żona uciekła, syn zniknął, z pracy mnie wylali…
- Masz syna? – przerwałem mu zdumiony.
Zamrugał i rzucił kolejną serią przekleństw.
- A niby z kim miałbym go mieć?! – syknął. – Z Baśką, która przepadła bez śladu?!
Bałem się zapytać o cokolwiek więcej, gubiąc się w jego wyznaniach i przede wszystkim doszukując się jakiegoś sensu, którego nigdzie nie widziałem. Wyraźnie wydawało mi się, że powiedział „syn zniknął”, ale przecież nigdy wcześniej o żadnym synu nie było mowy…
- Ja już nie mogę – powiedział wreszcie i zrezygnowany opadł na ławkę. Stałem niewzruszony, przyglądając mu się z uwagą. – Dlaczego to przytrafiło się akurat mnie? Dlaczego? – powtarzał, nerwowo zaciskając dłoń w pięść.
Próbowałem go pocieszyć, ale w jakiś sposób przerażał mnie swoim zachowaniem. Przerażały mnie jego szeroko otwarte oczy, przerażały mnie jego gwałtowne gesty. Chciałem wracać do domu, uciec od jego szaleństwa, od jego rozpaczy, która i mi powoli zaczynała się udzielać. Jakby czytając w moich myślach, zadzwoniła Anka.
- Halo? – odebrałem już przy pierwszym sygnale, mając nadzieję, że będę musiał wracać do domu.
- M-marek? – zająknęła się, a moje serce uderzyło kilka razy szybciej. Co się stało? Dlaczego jest zdenerwowana? – Czy możesz rozmawiać? Odejdź na chwilę od… Radka – wydusiła z siebie wreszcie.
Już dawno nie słyszałem jej tak zdenerwowanej. Posłusznie oddaliłem się kilka metrów, nawet nie zdając sobie sprawy z ciągle wlepionego we mnie wzroku kolegi.
- Co się stało? Ania? – zapytałem z troską.
- Dam telefon panu komisarzowi. Marek, słuchaj go uważnie i staraj się, żeby Radek nie słyszał…
Jeśli wcześniej moje serce uderzało nieco szybciej, tak teraz niemal wyskakiwało z piersi. Ledwo powstrzymałem się od rzucenia ukradkowego spojrzenia na kolegę. Dałem mu tylko znak, że muszę porozmawiać i oddaliłem się jeszcze dalej.
- Dzień dobry, z tej strony komisarz Rafał Terlikowski. Czy jest pan teraz w towarzystwie Radosława Slawińskiego?
- Tak. – Głos zadrżał wbrew mojej woli.
- Niech pan słucha. Proszę rozmawiać ze mną normalnie, jakby nic się nie stało. Potem wrócić do rozmowy z panem Slawińskim, jak on się zachowuje?, a następnie czekać na końcu molo sopockiego. Nasi ludzie za chwilę tam będą, niech się pan nie denerwuje.
- Ależ o czym pan mówi? – Nie rozumiałem. Nie rozumiałem ani zdenerwowanego głosu Anki, ani śmiertelnie poważnego tonu komisarza Terlikowskiego, czy jak mu tam było. Czy możliwa jest pomyłka?
- Wszystko wyjaśnimy w odpowiednim czasie. Pana przyjaciel jest niezrównoważony i do tej pory przyjmował leki w szpitalu, ale ostatnio straciliśmy z nim kontakt… w związku z czym może być nieco nadpobudliwy. – Rzeczowy głos komisarza przyprawiał mnie o mdłości. – Proszę się nie bać, porozmawiać z chorym i zaprowadzić go na koniec molo… Halo? Czy słyszy mnie pan?
Rzecz jasna, słyszałem. Ale nie byłem jedynym, który słyszał. Oto przede mną stał Radek, jakiego jeszcze nie widziałem. Oczy miał przekrwione i załzawione, jakby przed chwilą płakał, a na twarzy wyraźnie błyszczała determinacja. Spojrzenie, którym przewiercał mnie na wylot, sparaliżowało nie tylko ciało, ale i umysł. Stałem, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu.
- Halo? Panie doktorze? Słyszy mnie pan? – głos komisarza stawał się coraz bardziej natarczywy. Tłum na molo nagle wydał się cholernie głośny, a Radek, z tymi płonącymi gniewem oczami, przerażał mnie jak nikt do tej pory.
Powoli zatrzasnąłem klapkę telefonu, próbując jakoś uratować się z sytuacji.
- Radek… - zacząłem, cofając się pół kroku.
Ocknął się. Z dzikim okrzykiem zranionego zwierza rzucił się na mnie z pięściami, od razu powalając na ziemię. Krzyknąłem. Tłum też krzyknął, ludzie rozpierzchli się na boki. Nade mną ujrzałem parę oszalałych oczu dawnego przyjaciela. Rzuciłem się na bok, ratując przed ciosem w twarz. Pięść uderzyła o molo.
- Radek! – krzyknąłem, próbując wstać.
- Jesteś z nimi! – wrzasnął.
Wszystko potoczyło się zbyt szybko, bym mógł nadążyć za rozwojem akcji. Z przerażeniem odnotowałem, że w dłoni mężczyzny połyskuje nóż. Ktoś z tłumu wołał „Morderca, morderca, pomocy!”, ale przecież to mnie trzeba było ratować, nie ich. Z tą niewesołą myślą, patrzyłem na zbliżające się ostrze. Trysnęła krew. Instynktownie udało mi się odskoczyć do tyłu, ratować się szybkim czołganiem. Kolejny cios trafił w nogę. A potem, niespodziewanie, powietrze przeciął strzał.
Świat zatrzymał się w miejscu. Oszołomiony hukiem wpatrywałem się w równie oszołomioną twarz Radka, który zachwiał się, wypuścił nóż z dłoni, po czym plunął krwią. Chciałem się podnieść, ale kolejny strzał przygwoździł mnie do drewnianych desek molo. Radek, już bez wściekłego wyrazu twarzy, a z błogim uśmiechem na ustach, powoli osunął się na mnie, plując krwią i łapczywie chwytając ostatnie hausty powietrza. Wpatrywałem się w niego nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje.
Potem, gdy już siedziałem w domu z Anką i słuchałem radosnego trzebiotu mojego małego synka, nie wiedziałem, co mnie opętało. Jestem lekarzem. Na Akademii kroiłem i żaby, i ludzi, a przecież wtedy, gdy zobaczyłem krew na własnym ciele, na deskach dookoła mnie i na ustach przyjaciela, nie potrafiłem niczego zrobić. Leżałem struchlały, gdy podbiegali do mnie policjanci, gdy odpędzali gapiów. Gdy podnosili mnie do pionu także niewiele mówiłem. Wykrztusiłem jedynie nazwisko, któryś mnie znał, zabrali do szpitala, opatrzyli. Radka straciłem z oczu, dopiero później usłyszałem potwierdzenie zgonu.
Architekt. Mówił, że jest architektem. I był, w gruncie rzeczy skończył tę cholerną architekturę, miał tytuł inżyniera, ale… Gdy pytali, czy wszystko dobrze, pokiwałem głową.
- To wariat – stwierdził z pogardą policjant. – Proszę się nie przejmować, zabierzemy pana do szpitala…
Bardzo chciałem powiedzieć, że to mój pierwszy przyjaciel, taki ze szkoły podstawowej, ale nikt mnie nie słuchał. Wymamrotałem tylko „co z nim?”, ale i tak nikt nie odpowiedział. I do tej pory nie rozumiem, dlaczego pewnego deszczowego dnia, a dokładniej 25 sierpnia, Radek Slawiński oświadczył mi, że wrócił do Polski. Lekarz odpowiedzialny za jego terapię jedynie pokręcił głową i zaprzeczył, jakoby Radek kiedykolwiek opuszczał kraj po śmierci żony. A więc siedział w Polsce dobre dwadzieścia lat, które poświęcił na stworzenie swojego całego życiorysu, ubarwienie go i opisywanie go w meilach wysyłanych do mnie. Dlaczego dopiero w ostatnim roku obudził mnie telefonem o tej siódmej rano?
***
Leniwa? Tak. Jestem leniwa.
***
Widzę Cię taką, jaką jesteś… i rozchylam usta w poszukiwaniu tlenu. On też należy do Ciebie, więc duszę się, duszę się tym bardziej, im bardziej wiem, że Ciebie już nie ma.
Stare, drewniane ławki w sumie niczego mi na myśl nie przywodzą – nigdy tu nie siedzieliśmy i nigdy Cię tu nie miałem. A może jednak…?
Był taki raz, gdy do mnie dzwoniłaś. Już po tym, jak niebo zwaliło się pod moimi stopami.
- Czeeeeść! – Twój głos jak uderzenie rozgrzaną patelnią. Słowo daję, oszalałem, ściskając kurczowo słuchawkę i opanowując się, żeby nie rzucić nią o ścianę. Po co dzwonisz? Przecież już nic. – Mam prośbę… - Przeciągasz sylaby, a ja już wiem, że niczego na tym świecie nie ma za darmo i nawet oddanie się Twoim zmysłom na chwilę kosztuje. Zresztą, to chyba kosztuje najwięcej.
Mówisz mi, że chcesz, żebym przyszedł, a ja, oszołomiony tymi słowami – zaprzeczam. Zaprzeczam i śmieję się, chociaż chciałbym płakać i krzyczeć. Zaprzeczam, bo wiem, że jesteś totalnie pijana i tylko parę łyków dzieli Cię od tego, żeby rozpłaszczyć się na ziemi i zasnąć, przeklinając się za ten telefon do mnie. Znam Cię na pamięć, tak jak Ty znasz mnie i wcale nie jest z tym dobrze.
Tak to mniej więcej wygląda – dzwonisz, gdy jesteś pijana, ja słucham i płaczę, a gdy pytasz, czy jestem chory, że tak wilgotnie mówię… wtedy odpowiadam, że tak, że jestem. Przecież to prawda. Jestem wiecznie chory, chory na Ciebie i na to Twoje spojrzenie, którym rozbierasz mnie od głów do nóg, którym wchodzisz z butami w moje życie i bez butów z niego wychodzisz…
Gdy mijamy się na ulicy, uśmiechasz się inaczej, jak do kolegi, jak do przechodnia i tylko „cześć” rzucisz, a ja odruchowo unoszę dłoń do policzka. Już bym chyba wolał, żebyś odwróciła wzrok i odeszła, w pełni świadoma naszej ułomności. A Ty mówisz „cześć”.
Te Twoje gesty, które tak ulotne i które tylko ja widzę. To, jak w tym samym momencie sięgamy po długopis do piórnika, jak w tym samym momencie wstajemy i jak w tym samym momencie patrzymy sobie w oczy… Długopis z piórnikiem, krzesło z podłogą, miarowe falowanie rzęs i wreszcie my, stojący gdzieś za tym wszystkim i wertujący siebie nawzajem jak dwie książki, które zna się na pamięć.
Krzesło z podłogą. Widziałem. Widziałem Ciebie i krzesło, jak przewiesiłaś się przez nie i wpatrywałaś we mnie, jak wierciłaś mnie spojrzeniem, uśmiechając tak, żeby wszystkie moje zmysły jęknęły z rozkoszy, żebym musiał odwrócić wzrok i biec do łazienki, a tam, ciężko oddychając, złapać się umywalki i obmyć twarz zimną wodą. Ty i krzesło, Ty i drewno, Ty i przedmiot martwy, w zupełnej harmonii, w przewieszeniu bezkarnym i nieokreślonym. Ty i mój, mój mebel w moim salonie. Ty i ja, bo skoro mój, skoro mój, to mój zapach, mój dotyk, mój mebel i moje krzesło. A na nim przewieszona Ty. Żebyś się przeze mnie tak przewieszała!
I kroki. I skrzypnięcie drzwi, gdy popychasz je opuszkami palców i wchodzisz do łazienki, gdy stajesz za moimi plecami, gdy lustro – kto je tam powiesił – nie pozwala nam udawać nieobecności. Twoja dłoń na moim ramieniu.
I dreszcz. I szept. I ucho, niepewne, czy usłyszało dobrze, czy to tylko wymysł, czy iluzja. Szepczesz mi to wszystko, co chciałbym usłyszeć, nachylasz się, niemal już całujesz, niemal dotykasz, niemal wysyłasz do Edenu, niemal zabierasz mi smutki wszystkie i wszystko, co ponure, jesteś jak anioł, jak zbawienie, jesteś tam z tym swoim szeptem, palcami na ramieniu, rozgrzanym oddechem i czerwonymi ustami, jesteś i rozchylasz je, z tymi swoimi oczami…
- Chcę siku. Wyjdź.
Blednę. Czy nie mogłaś kłamać? Ten raz, gdy tak… potrzebowałem.
Wychodzę. I chciałbym wyjść raz na zawsze. Nigdy nie wrócić.
***
Właściwie, czym jest pomysł? Rodzi się nagle i równie nagle umiera, pojawia się, by zniknąć po nic niewartym mrugnięciu oka. Często bezsensowny, często towarzyszy mu słomiany zapał. I dlaczego? Dlaczego szukamy go tak rozpaczliwie, my, skazani z własnej woli na pisanie o… no właśnie. O czym?
Nawet nie wiecie, jak wiele tekstów napisałam od czasu ostatniej notki i jak wiele razy wściekałam się, mając ochotę wyrzucić monitor przez drzwi balkonowe. Nie, żebym nie miała pomysłów. Mam ich milion na sekundę. Każdy bez większego sensu, każdy już BYŁ.
Wróciłam więc do tego, co chciałam mieć tu na samym początku - wróciłam do "Pamiętników". Historia dwójki ludzi, dwójki bliskiej sobie i dalekiej. "Pamiętniki" są moją spowiedzią, moim praniem mózgu i wybielaniem wszelkich emocji. Krok po kroku.
Dziś padło na Nią.
*
Stuk, stuk, stuk. Wiecie, jak klekoczą kółeczka od walizki, takiej z uchwytem i wyciąganą rączką? Wiecie? To właśnie tak mi klekotał cały świat, gdy mozolnie, ociągając się z sekundy na sekundę coraz bardziej, dreptałam w stronę lotniska. Właściwie, na lotnisku już byłam, musiałam tylko przekroczyć próg wielkiego budynku. Stopy zaprotestowały, zatrzymując się gwałtownie. Ktoś mnie potrącił, ktoś ponaglił, syknął, a ja stałam, jak nieboża sierota i jedynie wlepiałam oczy w twoją, nieco zdumioną, twarz. Milczałaś. Milczałaś tak uparcie, jakbyś chciała zabić mnie samym brakiem reakcji. Przecież wiadomo, że gdybyś krzyczała, że gdybyś próbowała walczyć… A ty milczałaś.
Znowu zaklekotało, drzwi rozsunęły się cicho. Nad ranem lotnisko jest zawsze takie milczące, tak wpatruje się we mnie z bezmiarem niezrozumienia w terminalowych oczach. Po co, dlaczego? Po co walizka i po co klekot dookoła?
No, po co?
Nie mówisz nic, patrzysz, nie uśmiechasz się. A ja chciałabym płakać, chciałabym rzucić ci się na szyję, wyściskać, pocałować, przytulić, powiedzieć, że przecież to, że przecież wiesz, że ja…
Że ty.
Ktoś wciska mi bilety w dłoń, inna osoba zabiera bagaż, jakiś chłopiec woła mamę. A ja, właściwie my, bo ciągle trzymam cię przy sobie myślą, stoimy naprzeciwko siebie w zupełnym milczeniu. Tłum, hałas, zlewające się głosy.
Dlaczego?
- To miłego wyjazdu – mówisz, nie siląc się, by spojrzeć mi w oczy.
Przełykam ślinę i mrugam nieco za nerwowo.
- Dziękuję. – Stać mnie tylko na chłodną odpowiedź, pozbawioną uśmiechu i ciepła, które przecież wylewa się ze mnie ilekroć na ciebie patrzę.
Więc dlaczego teraz tak…?
Jestem pewna, że gdy wrócę, nie będzie już nas. Będę ja, będziesz ty. Ja opalona, ty zmęczona i zamknięta na świat. Udowodnisz mi, że się myliłam, że to tylko igraszka i kaprys, że znowu, ach, znowu, okazałam się egoistką do kwadratu. A ja nie zaprzeczę, nigdy przecież ci nie zaprzeczam i nie odmawiam niczego! Nie odmawiam, daję wszystko – daję brak telefonu i egoizm przelewający się między palcami, daję chłodne odpowiedzi i to, czego tak nienawidzisz, ten spokój, gdy świat wali się z głośnym hukiem.
Gdy wchodzę na pokład, nogi niemal nie odrywają się od kolejnych stopni. Dlaczego?! Jesteś tam, gdzieś, w samochodzie, na ulicy, na zakręcie. Jesteś, zapalasz papierosa i nie myślisz o mnie, bo jakże byś myśleć mogła! A ja tu – chociaż lecę odpoczywać i śmiać się ze wszystkiego – tracę grunt i powietrze, potrzebuję maski tlenowej, a jeszcze nie usiadłam. Dlaczego zawsze podcinam się sama, sama wywracam się i sama uderzam głową w ścianę? Dlaczego sama wskakuję pod samochód, sama skaczę z piątego piętra i roztrzaskuję się na chodniku, a potem, gdy już zbierają mnie kawałek po kawałku, słucham, jakże pięknie brzmiących, twoich wyrzutów?
Bezsens naszego współistnienia. Bezsens naszej symbiozy, chrzanionego mutualizmu, który rozkazuje nam żyć ze sobą, nigdy bez siebie, zawsze pokłócone i zawsze samotne. Razem, beznadziejnie zakochane we własnych odbiciach. Ty, niby skazana na uśmiech frywolny i ja, teoretycznie wolna od zależności wszelkich.
Jak bardzo uzależniłam się od ciebie?
Jak długo będzie trwała terapia odwykowa, gdy nagle znikniesz lub sama wyrzucę cię przez okno? Emocji strona negatywna.
Lotnisko w Egipcie jest małe. Małe i zatłoczone, gorące powietrze zwala z nóg i rzuca mną o beton. Z trudem wciągam je do płuc, mrużę oczy za czarnymi okularami. Nasz rezydent szczerzy zęby w uśmiechu, za który zapłaciłam całkiem pokaźną sumkę. Wzdycham. Co innego mi zostało, jak tylko pociągnąć za sobą walizkę i chwilę później wtaszczyć się do autobusu? Jest gorąco, ludzie są zmęczeni, marudzą, przepychają się. Kilkoro się cieszy, ba, wiadomo. Wakacje, słońce, morze i te sprawy. A ja utknęłam nogą na lotnisku w Gdańsku, zatrzymałam czas, gdy znikałaś mi w tłumie i bez słowa, niemal bez żadnego spojrzenia, po prostu odjechałaś. Wsiadłaś do samochodu, zapewne, zapaliłaś papierosa, zapewne i nawet o mnie nie pomyślałaś, też zapewne. A może wcale nie? Może nie byłaś taka obojętna…?
Kierowca zaczął coś głośno tłumaczyć, warunki wyjazdu, atrakcje, dyskoteki… I po co to wszystko? Wolałabym już chyba siedzieć tam z tobą, nudzić się, przepisywać papiery, wymieniać złośliwe uwagi, których nigdy nie brak i jeszcze kilka celnie dobranych spojrzeń… Po co to wszystko.
Telefon zabrzęczał, gdy wreszcie go włączyłam. Nic. Zero wiadomości, zero nieodebranych połączeń. Nie dzwoniłaś.
Ktoś usiadł koło mnie. Zachwycał się, jak on się zachwycał! Bo słońce, bo niebo, bo błękit! Bo wielbłądy i piramidy, bo faraon i historia, kultura, zachwyt w postaci piasku. Wszechobecny piasek, brutalnie przysypujący cywilizację. A ja nie słuchałam. Zamieniona w warzywo, głucha na wszystko inne, nie słuchałam, po prostu.
Ding, dong.
Komórka.
Nawet nie wiem, kiedy odblokowałam klawiaturę, kiedy, mrugając szybko, odczytałam wiadomość. I roześmiałam się, z radości klepiąc towarzysza podróży w ramię. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Napisała! – zawołałam, jakby to była najważniejsza wiadomość tego dnia i znowu wybuchłam śmiechem, zerkając na malutki ekranik telefonu.
„Wszystko ok.?” widniał napis, a ja już dawno nie dostałam żadnego bardziej wyczekiwanego smsa.
Błądzę uliczkami, ja i chodnik, ja i kroki, ja i puste echo w mojej głowie, które zawzięcie przypomina, zawzięcie każe mi odnotowywać, że dawniej Ty. Że dawniej Ty i ja, że to niebo, które nade mną, że ta kaskada barw szarości… Że to Ty i nic więcej. Nie ma Boga, nie ma Wszechmogących, nie ma żadnej Vardy, w którą tak uparcie wierzyłaś, nie ma tego wszystkiego, to niebo należy do Ciebie, jest Twoim prywatnym ogródkiem, Twoim balkonem i Twoim pokojem. Rozlałaś je nad moją obolałą głową, wylałaś to, tak, jak wylewałaś surową do połowy jajecznicę na mój talerz i zostawiłaś, bym mógł podnieść oczy i myśleć, myśleć, że jednak wszystko spieprzyłem. Bo przecież tutaj nie ma czasu na romantyczność, nie ma szansy, żeby stanąć i rozmyślać nad jakimiś bzdetami, żeby po prostu marzyć o wschodach i zachodach słońca. Tutaj jest ta jajecznica w odcieniach szarości nad moją głową, jesteś Ty, tak bezczelnie obnażona we wszystkim, co budujesz dookoła mnie i nie ma Cię w tym tak bardzo, jak bardzo bym chciał, żebyś była.
Można powiedzieć, że jestem szalony.
Jestem.
Jestem wariatem, jak Ty jesteś, a przecież Ciebie już nawet z piekła wyrzucili za zdemoralizowanie tamtejszego Księcia. Jesteśmy szaleni i tylko dlatego ja wylewam Ci piasek pod nogi, a Ty mi nad głową jajecznicę, popularnie nazywaną niebem zachmurzonym.
I wtedy to molo. Widziałem was, widziałem to wszystko i zamarłem, zatrzymałem uderzenie buta o drewniane deski, niepewny, co począć, niepewny, czy to już, czy już świat się kończy, czy może jeszcze za chwilę. Ta obojętność! Ta obojętność przechodząca obok, scalona w jedną, szarą masę! Ta obojętność, której oparłem się w ułamku sekundy i z której wyskoczyłem, dusząc się na nowo odkrytą emocjonalnością. Obojętni! Mijali was, wszyscy, miarowo, spokojnie, spacerując, oglądając, fotografując… Tylko czasem jakieś spojrzenie zahaczyło, ślizgnęło się, zostawiło smugę lepkiej ciekawości i zdegustowania. Ale czym było to lekkie zdegustowanie wobec mnie! Ja pytałem: czy to apokalipsa, a oni: obojętni!
Jak można tak…?
Muskał Twoje usta swoimi, splatał swój język z Twoim językiem i byłby rozebrał Cię całą, gdyby nie zima ze złośliwym uśmiechem opowiadająca się po mej stronie. Jego dłoń i Twoja talia, obłędne kółka zataczane pod bluzką, wdzierające się tam, gdzie jeszcze niedawno zaschła moja ślina… W tym wszystkim Twoja noga, ale bez tego gorąca i tej namiętności, Twoja noga, ciągle będąca zwykłą nogą i ciągle w zwyczajny sposób oplatająca jego nogi, które, zbyt uniesione chwilą, nagle stały się czystym erotyzmem, przyprawiającym mnie o szybsze bicie serca i zmuszającym do cofnięcia się o pół kroku. Byłbym uciekł, byłbym rzucił się z miejsca, z miejsca skoczył z ławki w dół i byłbym błagał o tę apokalipsę, co to pokazała mi się na samym początku…
…ale wtedy mnie zobaczyłaś. I widziałem, jak patrzysz na mnie, jak Twoja dłoń sięga do niego… nie, do mnie sięgała przecież, bo gdy musnęły go (przecież mnie) Twoje palce, aż krzyknąłem zduszoną rozkoszą, aż opadłem na ławkę, która litościwie stała tuż przy mych stopach. I Twoja noga nagle stała się tym, czym dla mnie jest zawsze, nagle stała się palącą obręczą, wyznacznikiem jakiejś reguły, nagle zaistniała, zapiekła, wgryzła się w zmysł dotyku i rozpaliła. I Twoje usta, nagle spotkały jego wargi, a ja już wiedziałem, wiedziałem po Twych oczach, które szukały mnie z obłędem zakochanej, że to moje usta i że to moje dłonie, że moje, moje, moje to wszystko, czemu tak gwałtownie się oddawałaś. I Twój język tak palił, tak szaleńczo palił moje podniebienie, a przecież to on, przecież to on tam z Tobą, on z Tobą, nie ja, nie my, tylko on i Ty.
Oszalałem. Jestem wiecznie dla Ciebie szalony, gdy patrzysz na mnie znad jego ramienia i błagasz, bym i ja patrzył, bym i ja westchnął, bym i ja jęknął bezkarnie na środku mola. Więc zaciskam palce na ławce, mrużę nieco oczy i już jesteśmy my, nie on i Ty, on zostaje gdzieś w tyle, jak źle dobrany pośrednik, jak ktoś, kto po prostu przechodzi obok i robi zdjęcia… a przecież to on, on i jego dłoń i Twoja kibić. Jeszcze przed chwilą.
Bo teraz tylko my i tylko Twoje błądzące oczy i tylko moje usta zamarłe w jęku niedokończonym, tylko ta jajecznica, która rozlała się i już wystygła dawno, ale to nic, to nieważne. Nieprawdziwie jesteśmy na chwilę. Nie ty jesteś i nie ja jestem, ale
my jesteśmy.
***
Zainspirowane wszystkim. Zainspirowało mnie spojrzenie na niebo i parę wspomnień. Zainspirowały mnie zdjęcia i zainspirował mnie czas.
Ale nade wszystko zainspirowała mnie piosenka.
I za to, że ją usłyszałam, dziękuję autorce Akai Tsuki.
When moonlight crawls along the street...
Witam serdecznie. Tym serdeczniej, że zawsze się zastanawiałam, czy wreszcie uda mi się założyć tego bloga.
Przejdźmy do rzeczy.
Znajdziecie tutaj opowiadania krótkie i dłuższe - akurat dzisiejsze kończy się dzisiaj i nie trwa dłużej. Chociaż są czasem pisane w pierwszej osobie, nie opowiadają o mnie. Czas nauczyć się używać różnych stylów narracji.
Byłabym bardzo wdzięczna za wszelką uczciwą krytykę i wyrzucanie mi wszystkiego, co się nie podoba.... co nie znaczy, że zmienię coś bez zastanowienia. Po prostu chcę się kształcić.
Pozdrawiam więc czytelników serdecznie.
I jeszcze jedna sprawa.
Jeśli skomentujesz u mnie, ja skomentuję u Ciebie, gdyż takie są zasady dobrego wychowania. Z dodawaniem do ulubionych jest inaczej. Ulubieni, to ulubieni.
Wszystkich czytelników proszę o wyrażanie opinii w komentarzach - chcę wiedzieć, czy ktoś to czyta, czy też nie.
Pozdrawiam raz jeszcze,
Mya.
***
Generalnie rzecz ujmując, są takie chwile, gdy człowiek siada na krawędzi swojej czerwonej kanapy w salonie, ogląda ze znudzeniem paznokcie i zastanawia się, co począć. Właściwie, to czasem już nawet się nie zastanawia, wychodząc z prostego założenia, że i tak niczego nie zmieni.
Taka chwila właśnie nadeszła.
Siedzę i wertuję książkę o wdzięcznym tytule „Historia mody od XVIII do XX wieku”, czasem wyciągnę dłoń po pierniczki, które, jakby nie patrzeć, na stoliku leżą już od świąt i nieudolnie staram się uporządkować życie.
Chaos.
Dookoła mnie wybuchł chaos, a ja, nie wierząc w to, że średnich rozmiarów torba zmieniła cały mój świat, szukam czegoś, co ominęłam.
Rzecz jasna, ominęłam niesamowicie dużo rzeczy, ale nawet nie myślę o tym, żeby je wymieniać. Więc po co to piszę?
To chyba jakiś rachunek sumienia i żal za grzechy.
A dokładniej za brak grzesznego uśmiechu na twarzy.
Zaczęło się… zaraz, pół roku temu? Tak, tak mi się wydaje.
Gdy pierwszy raz zobaczyłam ją z tą czarną torbą, myślałam, że piorun ją, za przeproszeniem, pierdolnął i że już pojutrze jej przejdzie. Nic nie powiedziałam i to był mój pierwszy błąd, przecież powinnam rzucić się na ratunek topiącej się przyjaźni. Przyjaźni, miłości, sama nie wiem, jak nazwać to, co było między nami. Pomimo tego, gdy czas mija, wyraźnie skłaniam się do tego drugiego – miłość zawsze uważałam za krótkotrwałą i znikającą szybko, nie to, co przyjaźń. A skoro właśnie wszystko zniknęło… czyż to nie była miłość?
Wracając jednak do sprawy z torbą. Była czarna, skórzana i zdobiona milionem błyszczących dodatków. Tu jakaś gwiazdeczka, tam sztuczny brylancik, jednym słowem: kicz, którego w życiu bym nie wzięła i z którym w życiu nie pokazałabym się gdziekolwiek. Ale milczałam, milczałam wędrując koło niej ulicą i milczałam zerkając na czarne cholerstwo leżące w przedpokoju. Milczałam, gdy do torby dołączył makijaż, ale gdy pokazały się i buty, na każdym stopniu wydające z siebie miarowe „stuk, stuk” nerwy mi nieco puściły.
Chyba wtedy padało, tak mi się wydaje, bo obie szłyśmy zamotane w płaszcze i szaliki.
- Ale stukasz – stwierdziłam niby od niechcenia. Kątem oka obserwowałam torbę, która dyndała na ramieniu mej towarzyszki jak jakaś zapowiedź apokalipsy. Grozy dodawały jej obcasiki uderzające o chodnik.
- Stukam? – uniosła nieco brew, ale po chwili zrozumiała i zaśmiała się dźwięcznie, choć jakoś tak inaczej. Wtedy nie zauważałam tej zmiany w tonie głosu, ale teraz boli mnie ona z każdą sekundą coraz bardziej i bardziej przypomina wrzask, niż śmiech. Ale wtedy tego nie zauważałam. – Tak, sama nie wiem, dlaczego tak głupio stukają. Ale się zetrą – zapewniła, chociaż obie wiedziałyśmy, że obcasy wcale się nie zetrą, a ich odgłos zapewne wybierała bardzo długo.
Skinęłam głową i przygryzłam wargę, wciąż nie mając dość odwagi, by wytoczyć otwartą wojnę torbie. A szkoda, może wtedy bym zdążyła.
Potem już było coraz bardziej „inaczej”, a gdy wreszcie doszło do tego, że zaniemówiłam z szeroko otwartymi ustami, coś we mnie pękło. I nie chciałam już się kłócić, nie chciałam już bawić się w „te dorosłe”, tylko chciałam znowu bujać się do nocy na huśtawce i beztrosko biegać po plaży. Chciałam wrzucić torbę do pieca i dać upust swej irytacji, ale, rzecz jasna, nie mogłam. Postanowiłam więc zagadać.
- Słuchaj… Nie uważasz, że ta torba jest nieco… inna, niż inne?
- Inna? – zdziwiła się, ale chyba źle to zrozumiała, bo roześmiała się wesoło. – Tak, jest genialna. Jeszcze u nikogo takiej nie widziałam – stwierdziła z dumą, a ja mruknęłam coś na temat obiadu i zniknęłam w kuchni. Podcięła mi nogi, żeby nie powiedzieć brzydziej.
Nigdy nie przypuszczałam, że z takiej drobnostki wynikną takie kłopoty. Jedna torba zaczęła erę obcasów, makijażu i pięciu godzin przed lustrem dziennie, co w sposób jawny kłóciło się z uczuciem, które konało w spazmach czasopism o modzie. Zmieniało się wszystko – sposób mówienia, sposób chodzenia, śmiech, ton głosu, uderzenia rzęs, teraz grubo wysmarowanych sklejającym je tuszem. Nie żebym była złośliwa, ale dla mnie to była po prostu słaba komedia. Słaba komedia, na której płakałam z bezsilnej wściekłości.
Całe życie byłam egoistką i szczyciłam się tym. Nie potrzebowałam ludzi, a oni potrzebowali mnie. I to dawało mi chorą satysfakcję bycia „tą potrzebną”, podczas gdy oni byli „zbędni”. Aż nagle odkryłam, wraz z tym, co zabrała mi czarna torba, że „zbędni” stali się „niezbędni”, a ja siedzę zamknięta w czterech kątach swojego umysłu. Odkryłam to i zaklęłam tak siarczyście, że wolę tego nie przytaczać. Zaczęło brakować mi śmiechu i wolności absolutnej, zaczęło brakować mi tej świadomości, że to ja jestem potrzebna, a oni są dodatkowi.
Tydzień za tygodniem stawałam się ofiarą własnych przekonań. Nagle przestałam lubić zmiany i oparłam się im, pozostając daleko w tyle za innymi. Nienawidzę zmian zachowań, na które nie mam ochoty. Przywykłam, że to ja wydaję rozkazy i mówię, co i jak. Przywykłam, że to świat goni mnie, a nie ja świat.
Przywykłam, a teraz już nie byłam sobą.
Czarna torba już nie była sama, teraz pojawiła się także niebieska. Jak na mój gust była lepsza i przede wszystkim pasowała do pięknych oczu mon ami, ale ciągle paliła mnie bolesną świadomością przegranej. Przegrałam z jakimiś czasopismami, co uznałam za życiową porażkę. A ona się zmieniała. Już jej tak nie zależało, zaczęła żyć od nowa, na swój sposób. A przecież i tak to właśnie ją ograniczałam najmniej… Właśnie jej dawałam tak dużo tlenu, żeby mogła biegać i śmiać się wesoło, właśnie z nią chciałam być na zawsze i całkiem naprawdę. Nie narzucałam jej sposobu myślenia, nie mówiłam, co ma komu odpowiadać… Zaprzeczałam, gdy inni się śmiali, broniłam, walczyłam, milczałam, gdy powinnam i śmiałam się, gdy miałam na to ochotę. Właśnie ją kochałam, całkiem bezinteresownie, bo w zamian tylko traciłam to, na co pracowałam tyle lat. Ale dostawałam roześmiane spojrzenie błękitnych oczu i to wystarczyło.
A teraz mam tylko „Historię mody od XVII do XX wieku” i zupełne niezrozumienie. I stare pierniczki na stole.
Aż pewnego dnia, gdy stałyśmy na skarpie i patrzyłyśmy na morze, tak rozkosznie kołyszące się aż po sam horyzont, padły słowa, które potwierdziły zwycięstwo czarnej torby.
- Więc nie masz dzisiaj czasu? – zapytałam znudzona i kopnęłam pierwszy lepszy kamień.
- Nie. – Padła pewna siebie odpowiedź.
- Co robisz? – Starałam się być uprzejma, ale coś ścisnęło mnie w żołądku i wywołało niepokój.
- Idę na casting.
Odpowiedź ta, potwierdzająca me najgorsze obawy, zwaliła mnie z nóg.
Właśnie przegrałam przyjaciółkę na rzecz zwykłego zostania wybiegową idiotką z paczuszką tabletek odchudzających w kieszeni. Chciałam dodać coś jeszcze, ale w tej chwili miłość mego egoistycznego życia wyjęła małe lustereczko, tusz do rzęs i zaczęła poprawiać makijaż… a przecież na pewno ktoś jej mówił, że nie kopie się leżącego.
***